Jak odsiać ziarno od plew na rynku korepetycji online.
Sierpień. Skrzynkę mailową zalewa fala ofert. Wszyscy są „ekspertami”, każdy ma „autorską metodę”, a profile na LinkedIn puchną od certyfikatów z webinarów, które można przeklikać, robiąc w międzyczasie zakupy.
Obiecują złote góry. Przygotowanie do egzaminu ósmoklasisty w miesiąc, nadrobienie dwóch lat chemii w jeden kwartał. Brzmi świetnie. A potem przychodzi rzeczywistość.
Okazuje się, że „autorska metoda” to wysyłanie skanów z podręcznika mailem, a „spersonalizowane podejście” polega na tym, że korepetytor zwraca się do dziecka po imieniu podczas godzinnej rozmowy na Zoomie. Płacisz za godzinę jego czasu. I tyle. Godzina mija, pieniądze znikają z konta, a jedyne, co zostaje, to mgliste wspomnienie rozmowy.
Bądźmy szczerzy, to jest lanie wody. To nie jest proces dydaktyczny, to jest usługa towarzyska z tłem edukacyjnym. Prawdziwe wsparcie polega na czymś innym.
Polega na tworzeniu zasobów. Na budowaniu czegoś, do czego uczeń może wrócić. Na systematycznej pracy, której efekty można zmierzyć. Jeżeli korepetytor po godzinie spotkania nie zostawia po sobie żadnego interaktywnego materiału, żadnej ścieżki do samodzielnej pracy, to jest to po prostu marnotrawstwo.
Dobrego fachowca poznasz po narzędziach. Tak jak dobry stolarz ma porządny warsztat, tak dobry nauczyciel korzysta z technologii, która mu tę pracę ułatwia. Nie po to, żeby go zastąpiła, ale żeby zwielokrotniła jego wysiłki.
W EduHero zbudowałem to z myślą o pragmatykach. Chodzi o to, żeby nauczyciel mógł wziąć dowolny materiał – fragment filmu z YouTube, zdjęcie strony z książki – i w kilka minut zamienić to w pełnoprawną, interaktywną lekcję. Z zadaniami zamkniętymi, otwartymi, z dopasowywaniem par. To jest konkret. To jest zasób, który zostaje z uczniem na zawsze.
A rodzic musi mieć wgląd w twarde dane.
„Jak poszło?” – pyta rodzic. „Dobrze” – odpowiada korepetytor. Co to znaczy „dobrze”? To termin biznesowy, nie merytoryczny. Ja chcę widzieć wykres. Chcę zobaczyć, że przy pierwszym podejściu do tematu X uczeń miał 40%, a po tygodniu, pracując na tych materiałach, ma 85%. Chcę widzieć, ile prób podjął, gdzie popełniał błędy, jak wygląda jego krzywa progresu. Bez tego to wróżenie z fusów.
Dlatego wybierając wsparcie dla dziecka, przestańcie patrzeć na liczbę certyfikatów, a zacznijcie pytać o warsztat. O narzędzia. O to, co konkretnie zostanie po każdej opłaconej godzinie. Poproście o pokazanie zaplecza. Jeśli jedynym zapleczem jest folder z plikami PDF na pulpicie, to szkoda na to czasu i pieniędzy.
Technologia nie zastąpi dobrego nauczyciela. Ale oddzieli profesjonalistów od amatorów, którzy opanowali głównie sztukę marketingu. Zostawiam Wam tu link. Przeklikajcie i sami oceńcie, jak to powinno wyglądać.