Nowy rok, stary problem. Jak przestałem marnować czas na 'innowacyjne' e-learningi.
Zaczęło się. Znowu słyszymy o nauczaniu hybrydowym, kompetencjach cyfrowych i konieczności włączania technologii. I znowu dla wielu skończy się to tak samo – weekendami spędzonymi na klikaniu w nudne platformy, żeby wygenerować papier do teczki.
Bądźmy szczerzy, większość tego, co nazywamy e-learningiem w szkole, to strata czasu. To cyfrowa wersja kserówki, tylko bardziej męcząca dla oczu. Uczniowie są tym znudzeni, a nauczyciele wypaleni, bo zamiast uczyć, zostali administratorami treści i moderatorami czatów.
Problem nie leży w samej technologii. Leży w absurdalnym założeniu, że nauczyciel ma być teraz grafikiem, montażystą wideo i projektantem interakcji. Dobry nauczyciel ma znaleźć wartościowe źródło wiedzy i umiejętnie je podać. Reszta to lanie wody.
Szkoda życia na przepisywanie podręcznika do PowerPointa.
Dlatego projektując EduHero, miałem jedną myśl: narzędzie ma wykonać 90% brudnej roboty. Nauczyciel jest strategiem, a nie robotnikiem na linii produkcyjnej materiałów.
Wygląda to tak. Znajdujesz świetny, merytoryczny film na YouTube. Trwa 20 minut, ale Ciebie interesuje konkretny, dwuminutowy fragment. Zamiast spędzić godzinę na budowaniu wokół tego prezentacji, wklejasz link do systemu, zaznaczasz suwakami ten fragment i mówisz "zrób z tego interaktywną lekcję z 5 pytaniami". Po minucie masz gotowy materiał. Koniec. Czas zaoszczędzony, cel osiągnięty.
To jest strategiczne włączanie e-learningu. Nie chodzi o to, żeby robić więcej, tylko żeby robić mądrzej. Wykorzystać coś, co już istnieje, i błyskawicznie zamienić to w angażujące ćwiczenie, zamiast tworzyć od zera kolejny nudny plik, który wyląduje na dysku.
To wszystko. Bez wielkiej filozofii o rewolucji w edukacji. Po prostu narzędzie, które oddaje czas. Sami sprawdźcie, czy to ma dla Was sens. Zostawiam link, przeklikajcie i oceńcie, czy to Wam ułatwia życie.