Letni wyścig szczurów w korepetycjach. I jak przestać w nim biec.
Lipiec. Internet zalewa fala reklam. "Kurs maturalny w 3 tygodnie!", "Angielski B2 w miesiąc!". Obietnice są wielkie, a presja jeszcze większa. Rodzice płacą, bo chcą dla dzieci jak najlepiej, a my, nauczyciele, stajemy na głowie, żeby w te kilkanaście dni wcisnąć wiedzę z całego roku.
Bądźmy szczerzy. To jest iluzja. W dziewięciu na dziesięć przypadków "intensywny kurs" to po prostu więcej tego samego. Więcej PDF-ów do drukowania, więcej godzin na Zoomie, gdzie po trzeciej pod rząd uczeń i tak patrzy w sufit. To nie jest efektywność, to jest lanie wody pod ciśnieniem. Przepalanie czasu i pieniędzy obu stron.
Mnie to po prostu męczyło. To poczucie, że można lepiej, mądrzej, z większym szacunkiem dla czasu i inteligencji ucznia. Zacząłem się zastanawiać, co by było, gdyby sucha teoria z lekcji sama zamieniała się w coś angażującego? Bez mojego udziału, automatycznie.
Co, jeśli zamiast kolejnej listy słówek, uczeń dostałby grę zręcznościową, która trenuje jego refleks i słuch? Gdzie zestrzeliwuje poprawne definicje, a system na żywo czyta mu słowa głosem lektora. To nie jest jakaś fanaberia. To jest czysta efektywność opakowana w coś, co nie nuży po pięciu minutach.
Albo inaczej. Przygotowujesz w EduHero materiał o przyczynach I wojny światowej. System po analizie tekstu, generuje grę w "Znajdź Intruza", gdzie trzy zdania są prawdą historyczną, a jedno subtelnym, logicznym kłamstwem. Uczeń nie wkuwa. On analizuje. Myśli. Zamiast biernie konsumować, aktywnie walczy z materiałem. I to właśnie jest ta różnica, która sprawia, że po kursie coś zostaje w głowie, a nie tylko plik zaświadczeń w teczce.
Nie mam zamiaru nikogo nawracać. To tylko narzędzia. Ale jeśli obecny model pracy Was męczy i czujecie, że można to zrobić po prostu sprytniej, to może warto spróbować czegoś innego. Zostawiam Wam tu link, wejdźcie, przeklikajcie i sami oceńcie, czy to ma dla Was sens.