Kwiecień, czyli papierowy maraton. Jak przestałem marnować czas na kserówki.
Kwiecień w szkole to specyficzny stan umysłu. Ksero ledwo zipie, tusz w drukarce jest na wagę złota, a człowiek ma wrażenie, że jego głównym zadaniem jest produkcja makulatury w celach dydaktycznych.
Powtórki, sprawdziany, diagnozy. Zbieramy materiały, wycinamy, kleimy. Tworzymy po raz setny test z tego samego działu, tylko trochę innymi słowami, żeby było „świeżo”.
Bądźmy szczerzy, to nie jest praca koncepcyjna. To logistyka. Żonglowanie plikami, formatowanie Worda, pilnowanie, żeby marginesy się nie rozjechały. Godziny z życia wyjęte na coś, co jest tylko nośnikiem, a nie treścią. Szkoda na to czasu.
A uczeń? Dostaje kolejną kartkę. Czasem kolorową. Zaznacza, podkreśla, oddaje. Papier do teczki, ocena do dziennika. Cykl się zamyka i nikt nie jest specjalnie zadowolony.
Kiedyś też tak robiłem. Aż pewnego dnia zadałem sobie proste pytanie: a co, gdyby ten cały papier można było po prostu… ożywić? Bez przepisywania.
Zaprojektowałem więc w EduHero narzędzie, które traktuje mój czas z szacunkiem. Zamiast mozolnie przepisywać zadania z podręcznika, robię mu zdjęcie telefonem. Wrzucam. System sam wyciąga z tego tekst i zamienia go w edytowalny materiał.
Mogę też wkleić surowe notatki z Worda albo treść zadania ze starego pliku PDF. Kilka kliknięć, ustawiam suwakiem, że chcę pięć pytań Prawda/Fałsz i trzy zadania na dopasowanie par. Gotowe. Zamiast godziny formatowania mam interaktywną lekcję w trzy minuty.
Cała energia idzie w treść, nie w opakowanie. To jest fundamentalna różnica. Ja decyduję, czego chcę nauczyć, a maszyna zajmuje się całą brudną robotą.
To nie jest żadna rewolucja. To zwykły pragmatyzm. Oszczędność czasu, który można przeznaczyć na rozmowę z uczniem, a nie na walkę z drukarką.
Jeśli ten scenariusz brzmi znajomo, to sami sprawdźcie, czy takie podejście ma dla Was sens. Możecie sobie to przeklikać i zobaczyć, czy oszczędzi Wam to trochę nerwów w tym gorącym okresie.