Koniec egzaminów to koniec klientów? Kilka brutalnie szczerych słów o rynku w czerwcu.
Majowy maraton się skończył. Egzaminy, matury, ostatnie sprawdziany. Telefony dzwoniły, kalendarz pękał w szwach. A teraz? Cisza. Czerwiec to taki dziwny miesiąc, w którym rynek korepetycji online dostaje zadyszki. Nagle okazuje się, że ta stabilna baza klientów była stabilna tylko do ostatniego dzwonka.
I zaczyna się festiwal desperacji. „Letnie kursy powtórkowe”, „Nadrabiamy zaległości”, „Konwersacje na wakacje”. Bądźmy szczerzy, to lanie wody. Rodzice i uczniowie są zmęczeni. Mają dość systemowej edukacji i ostatnie, o czym marzą, to kolejna „lekcja”. Obniżanie cen to wyścig na dno. Zawsze znajdzie się ktoś tańszy.
Zamiast próbować sprzedawać ludziom to, czego właśnie mają serdecznie dość, trzeba im dać coś zupełnie innego. Coś, co nie wygląda jak nauka. Coś, co jest rozrywką. To nie jest czas na sprzedawanie marchewki, tylko na podanie ciasta marchewkowego.
Ostatnio rozmawiałem z właścicielem szkoły językowej, który miał ten sam problem. Poradziłem mu, żeby przestał myśleć o „kursach”, a zaczął myśleć o „eventach”. Zamiast „angielskiego na wakacje”, zrobił „Letni Klub Filmowy Netflixa”. Wziął zwiastuny popularnych seriali, wrzucił link do EduHero, a system w minutę wygenerował mu interaktywne lekcje oparte na dwuminutowym fragmencie. Quizy, dopasowywanie słówek, otwarte pytania o fabułę. Nagle miał w ofercie coś, czego nie miał nikt inny w mieście. Koszt przygotowania materiałów na cały miesiąc był niższy niż rachunek za telefon.
Ten sam mechanizm można zastosować do gamingu. Zamiast nudnych czytanek, bierzesz recenzję nowej gry na YouTube. Wycinasz soczysty fragment, a nasz kreator lekcji robi z tego zadania. Możesz nawet ustawić AI, żeby pisało w stylu gamera. To już nie jest korepetycja. To jest angażujące doświadczenie. I nagle docierasz do dzieciaków, które na widok podręcznika dostają wysypki.
Nie chodzi o to, żeby pracować ciężej w martwym sezonie. Chodzi o to, żeby pracować mądrzej. Wykorzystać technologię do stworzenia produktu, który sam się sprzedaje, bo jest autentycznie ciekawy. To nie jest żadna filozofia, to czysty pragmatyzm. Mniej czasu na przygotowanie, ciekawsza oferta, utrzymani klienci. Proste.
Nie będę nikogo przekonywał, że to jedyna słuszna droga. Zostawiam Wam narzędzie. Wejdźcie sobie, przeklikajcie kreator i sami zobaczcie, czy da się z tego zrobić coś dla Was. Reszta należy do waszej kreatywności.